2026/01/01
Podsumowanie roku 2025: fotografia, muzyka i podróże
Mały rachunek z 2025. Gdybym miał napisać krótko, to: byłem zdrowy, miałem dom, koty, byli dookoła mnie przyjaciele. Dziękuję, bo to już bardzo dużo i wystarczająco.

A jeśli trzeba by dłużej: wspinałem się w Ligurii i wędrowałem po jej pustych górach. Odwiedziliśmy nasze kochane Zakopane i dom na łące, a potem zleźliśmy kawał słowackich Tatr. Bawiliśmy się w skałkach w Leonidio i na taborze w Sokolikach. Do tego włóczyłem się po Wilnie i po Londynie, zahaczyłem rowerowo o Czechy, i po raz pierwszy od kilku lat nie byłem ani razu na Jurze. A wszystko - włączając owo nie bycie - w świetnym towarzystwie.
Chociaż od mojego powrotu z gór minęły już ze trzy lata, musiałem kilkadziesiąt razy odpowiadać znajomym na pytanie, czy mieszkam nadal w Zakopanem (nie), czy w Warszawie (tak). Starałem się jednak nie złościć, lecz pamiętać, że świat nie kręci się dookoła mnie. A przy okazji serdecznie zapraszam do odwiedzin w basecampie Grocho, dla niepoznaki znajdującym się na Kamionku.
Przytrafiły mi się sprawy w ogóle nieistotne w skali, lecz w codziennym kontakcie - jednak dotkliwe, bo odciągające uwagę od rzeczy ważniejszych, takich jak przewrócone drzewo w Skaryszaku, odblask światła na kocim futrze, rozmowa do nocy.
Fotografowałem całkiem dużo muzyki - festiwale Globaltica i reggae w Ostródzie, koncerty muzyki poważnej. Wróciłem też na moment z aparatem na dużą scenę Przystanku Woodstock, co było miłym przypomnieniem tego kawałka życia i jednocześnie potwierdzeniem, że pewien etap jest już za mną.
Mam nadzieję, że w tym roku fotografii koncertowej będzie jeszcze więcej. Proszę się odzywać!
Zobaczyłem w 2025. wiele pięknych wystaw, a w pamięć szczególnie zapadł mi Chełmoński w Muzeum Narodowym, przepiękne pejzaże Stanisława Baja (wieloletniego sąsiada z bloku na Kinowej, ale co ja wtedy wiedziałem o malarstwie) i mniej znane zdjęcia Tadeusza Rolkego. I galeria Jednostka w Warszawie. Z kolei w Londynie udało mi się zobaczyć świetne zdjęcia z projektu "Journey to the Center" Cristiny de Midel w the Photographer's Gallery.
W bibliotece fotograficznej przybyło kilkanaście książek, to temat na osobny wpis; jeśli miałbym wymienić jedną, z którą spędziłem najwięcej czasu, to na pewno byłaby to melancholijna, wielowymiarowa opowieść o przemijaniu - "Land loss" Maxa Miechowskiego. Z klasyków - pokochałem miłością fanatyczną "Pictures from home" Larry Sultana. Czytałem, lecz nienałogowo; zapamiętałem jednak wrażenie, jakie zrobiła na mnie powieść "Martyr" Akbara Akvaha. Warto i polecam.
W którymś miesiącu tego roku utopiłem w odmętach Jezioraka telefon i zamieniłem go na model o wiele mniej sprytny. Nie, nie rozwiązał magicznie problemu wsysających mnie algo social mediów, ale wyraźnie ściszył cyfrowy hałas. Przełożyło się to na więcej przestrzeni w głowie. Efektem ubocznym był powrót do antycznych technologii w rodzaju MMS-ów. Również polecam.
Jeśli chodzi o przedmioty, to mnóstwo radości sprawił mi nowy aparat w rodzinie, wielki i głośny średnioformatowy Pentax 67, który zaliczył już ze mną kilka przygód i wysokogórskich wycieczek. Polubiliśmy się.
I na sam koniec: przez kilka miesięcy pracowałem nad osobistym projektem o rodzinie opartym na tekście i fotografii. Projekt zacząłem w programie mentorskim fundacji PictureDoc, a w tym roku rozwinę go do książki fotograficznej i być może wystawy. Już nabrał kształtu, jeszcze nie ma imienia. Przyjdzie w swoim czasie. O tym na pewno będą osobne wpisy i będę wdzięczny za Wasze zainteresowanie i wsparcie.
A czego sobie życzę? Tego, żeby Ukraina wygrała, a świat - choćby ten najbliższy - przeszedł z trybu zarządzania kryzysem w coś, co da się ogarnąć rozumem i emocjami. I jeszcze więcej życia i spotkań w offline. Czasu w bliskości przyrody. Zauważania. Szukania i znajdowania sensu. Tego, co wymieniłem w pierwszym zdaniu. A na koniec - dystansu do siebie i dorodnego wąsa.
Dobrego i dla Was! ♥