Parę słów o wygrywaniu i o przegrywaniu
Początek roku minął, zanim się zorientowałem. Działo się sporo i nie mogłem się zabrać za pisanie.
Sukcesy...
Pod koniec marca odwiedziłem ze swoimi zdjęciami Rybnik Foto Festival. To inspirująca i przyjazna impreza, na którą na pewno będę wracał, czy to jako twórca, czy jako widz.
Mój pokaz “Wyrwać z korzeniami” otwierał sekcję slideshow pierwszego dnia festiwalu. Trochę się stresowałem, ale bardziej cieszyłem, że historia warszawskiego Kamionka i moja własna po raz pierwszy trafiła na Górny Śląsk.

Niewiele z tych zdjęć pokazywałem do tej pory w internecie. To się niebawem zmieni – zacznę dzielić się szerszym fragmentami projektu, a docelowo chcę go wydać w formie photobooka
Może jeszcze w tym roku?
... i porażki :)
Ale żeby nie było tak różowo, mój projekt w ostatnich miesiącach wysłałem na kilka różnych open calli, czyli otwartych konkursów i festiwali. Każde z tych zgłoszeń wymagało osobnego przygotowania i – nie będę oszukiwał – za każdym kryły się jakieś oczekiwania.
Lądowanie było twarde. W kolejnych tygodniach do mojej skrzynki jeden po drugim trafiały maile w stylu: “przykro nam, ale poziom konkursu w tym roku był bardzo wysoki i Twój projekt niestety nie został wybrany”.
Nie piszę tego jednak, żeby się żalić, ale aby przypomnieć, że zdrowe radzenie sobie z tego typu odmowami jest jedną z najważniejszych umiejętności, która przydaje się praktyce artystycznej. Każdy lubi wygrywać, ale odmowa nie jest końcem świata, ani tym bardziej oceną w szkole.
Jak się sobą zaopiekować?
Zamiast zamartwiać się w samotności, pytać co poszło nie tak i w końcu rezygnować – można i warto budować sieci wsparcia z innymi twórcami. Pogadać o projekcie – może wymaga jeszcze dopracowania? A może jury szukało w tym roku innych tematów? Kto wie, może rzeczywiście poziom był wyjątkowo wysoki?
Dobrze jest zrobić pauzę od social mediów i Instagrama (chociaż i tam widać światełko w tunelu – od jakiegoś czasu przestała obowiązywać kultura nieustającego sukcesu).
Można wreszcie podejść do tematu tak jak fotografka Dana Stirling, przetwarzając te “listy odrzucenia” w kolejny projekt artystyczny. Choćby na własne użytek, skoro akurat ten pomysł został już wykorzystany.
Robić swoje, a za jakiś czas spróbować znowu.